| |
Miałby Robinson rację. Na Korsyce, słynnej z uprawy kasztanów jadalnych, jeszcze w czasie ostatniej wojny można było spotkać starych wieśniaków, którzy przez całe życie jedli chleb głównie z mąki kasztanowej, rzadko zaś widzieli chleb pszenny czy żytni. Na mąkę miele się kasztany suszone. Często zawiesza się je w workach w przewodach kominowych; następuje wtedy proces jednoczesnego suszenia i wędzenia. Ciasto zrobione z kasztanowej mąki rośnie tak samo, a nawet jeszcze bardziej niż ciasto z mąki zbożowej. W chlebie kasztanowym czy też racu-chach z takiego ciasta pieczonych powstają dziurki jak w serze szwajcarskim. Można także gotować mąkę kasztanową na mleku; otrzymuje się wtedy coś w rodzaju bardzo drobnej kaszki manny.
Najłatwiej jednak mógłbym sobie wyobrazić brodatego Robinsona, siedzącego w kucki przy ognisku i pilnującego piekących się w nim kasztanów. I dziś chyba większość produkowanych w świecie kasztanów w podobny, choć nieco bardziej cywilizowany sposób przygotowywana jest do spożycia. Kasztany po upieczeniu są przyjemnie słodkie i bardzo smaczne. W dużych miastach południowej Europy, a także w Ameryce i Azji sprzedawcy pieką kasztany na przenośnych piecykach w wilgotnym sproszkowanym węglu i sprzedają te gorące „marony" przechodniom. Im bardziej są gorące, tym lepsze, aż parzą i język, i palce, toteż najwygodniej jest „wyciągać je z ognia cudzymi rękami", jak mówi przysłowie. | |
|